Czy oddychałeś kiedyś częstotliwością? - drone | Jagoda Zając i Piotr Zając
W 1992 r. do studia legendarnej już dziś wytwórni Sub Pop Records w Seattle (w której zaczynały Nirvana, Soundgarden czy Mudhoney) wchodzą Dylan Carlson z Davem Harwellem. Ku zdziwieniu realizatora, muzycy odkręcają wzmacniacze na full, brzdękają po jednym dźwięku i pozostawiają sprzęgające gitary na kilkanaście- kilkudziesiąt minut. Powtarzają ten gest wielokrotnie, następnie nakładają ścieżki jedna na drugą, tworząc pozbawioną melodii, hiperciężką ścianę dźwięku, która w tamtym momencie nie ma precedensu w historii muzyki. Powstają wtedy trzy utwory w równiej mierze inspirowane ekstremalnym metalem i muzyką eksperymentalną oraz minimalizmem. I tak w największym skrócie powstał drone metal.
Drony oczywiście są w świecie od samego początku jego istnienia (dosłownie, jeżeli mantra OM jest dźwiękiem powstawania wszechświata). Jednostajne, niezmienne lub zmieniające częstotliwość jedynie w niewielkim stopniu, trwają od stuleci w muzyce etnicznej. Fascynowały klasyków, szczególnie tych nam bliskich czasowo, jak John Cage czy La Monte Young.
Kiedy metal nie miał już jak dalej akcelerować prędkości, zmienił wektor i zwolnił, schodząc w głębokie doomowe rewiry. Potem już tylko kwestią czasu było, żeby ktoś całkowicie pozbył się melodii, solówek i riffów, stawiając na ekstremalną surowość dźwięku otulonego mechanicznymi sprzężeniami - ciężej i wolniej już się nie da. Dzisiaj drony są powszechne w niemal każdej odmianie metalu zaglądającego do psychodelii: w stonerze, doomie, a szczególnie w sludge'u.
Pojawiają się jako składnik brzmienia takich kapel jak Melvins, Bong czy Boris niosąc ów specyficzny paradoksalny pierwiastek: z jednej strony tworzą ciężką ścianę dźwięku, która dla przyzwyczajonego do modulowanej fali odbiorcy jest w odbiorze trudna i wymaga pewnego typu "resetu", z drugiej - właśnie z tego powodu obcowanie z nią okazuje się dla odbiorcy oczyszczające, a nawet głęboko kojące. Na nowo uczy ucho otwarcia na najdrobniejsze zmiany, pozwala wychwytywać szczegóły umykające zwykle rozpędzonym zmysłom. Ta muzyka jest 'nudna' - a przy tym silnie emocjonalna, niemal automatycznie przywołuje doświadczenie majestatycznych krajobrazów pełnych surowego piękna bezludnej przestrzeni.
Na wspólne zanurzenie w oceanach sprzężeń zapraszają Zające - Jagoda i Piotr. Czepki ani akwalungi niewymagane.